Wyobraź sobie czarne kombi. To czarne kombi ciągnie przyczepę oklejoną oczojebnymi reklamami. Zarówno samochód jak i przyczepa załadowane są na maksa. Właśnie tak wyglądała moja przeprowadzka dwa i pół roku temu.

Potrzebowałam wykonać dwa kursy takim “uroczym” dyliżansem, ale nawet w ten sposób nie zabrałam wszystkich swoich rzeczy z poprzedniego lokum. Część z nich –  że tak to ujmę – “porzuciłam”, a kolejnych dwanaście wielkich worów zalegało wciąż w domu moich rodziców.

A więc, jak to się stało, że podczas mojej ostatniej przeprowadzki spakowałam się w dziesięć siat, dwa pudła i po prostu przeniosłam je ze sobą z miejsca na miejsce? Nawet materac zwinięty w ogromny rulon, przetargałam pod pachą do nowego mieszkania.

Udało mi się zredukować mój dobytek o jakieś dziewięćdziesiąt procent… i wciąż go ubywa.

I kto tu jest szalony?

Czasem myślę, że mogłam od początku dokumentować na zdjęciach swoje minimalistyczne przygody. „Before and after” robiłoby teraz piorunujące wrażenie. Wtedy jednak nie specjalnie miało to dla mnie znaczenie. Porządkowałam moje życie dla siebie a nie po to, by komukolwiek to pokazywać. Wręcz przeciwnie – w głębi duszy obawiałam się, że zostanę wzięta za wariatkę, gdy ujawnię, czym się zajmuję po nocach. Mój ówczesny chłopak, który był wtedy na etapie kupowania mnóstwa rzeczy do nowego mieszkania, nie mógł do końca pojąć, co ja u licha wyprawiam. On montował u siebie ogromną szafę wnękową, a ja wkurzałam się, że nie mogę zdemontować swojej, która z każdym miesiącem stawała się coraz bardziej pusta.

Dziś może trudno w to uwierzyć, ale dwa i pół roku temu biżuteria, którą posiadałam wypełniłaby pewnie sześć pudełek po butach. Dzisiaj – jak widać na załączonym obrazku – swobodnie mieści się w niewielkiej szkatułce. Za jakiś czas zniknie pewnie nawet połowa tego.

Cały ten vajb

Żeby łatwiej było zrozumieć, dlaczego to wszystko, opowiem Wam pewną historię.

Załóżmy, że jest naprawdę późny wieczór. Siedzicie spokojnie w gaciach od piżamy, przed nosem macie laptopa, a pod brodą miskę z jedzeniem. Relaks, luz i nic się nie dzieje. Aż tu nagle do pokoju wpada osoba, z którą mieszkacie i z obłędem w oczach oznajmia, że potrzebuje Waszej pomocy. “Teraz?” pytacie, delikatnie dając do zrozumienia, że aktualne okoliczności raczej nijak się mają do nagłych przypadków. Ale ona bez chwili wahania odpowiada, że teraz, że już, że koniecznie, bo jak nie, to wszystko stracone.

Co sobie myślicie? Na bank kogoś porwali? Albo ktoś potrzebuje pomocy. Albo w najlepszym wypadku zrobiła coś bardzo żenującego, o czym dowiecie się dopiero za chwilę.

Swego czasu dokładnie taka sytuacja miała miejsce w naszym uroczym gniazdku. Dopadłam S. znienacka w stylu: “musisz mi pomóc zakopać zwłoki”. Oczywiście nie o ciało chodziło a o minimalizm.

Zaczęłam patrzeć na to zagadnienie przez pryzmat energii. Gdy rozpoczynałam czystki jakiegoś obszaru mojego życia, pytałam siebie – jaka energia za tym idzie? Jaka energia idzie za tymi książkami? O czym mówi ta sterta gazet? Dlaczego wciąż trzymam swoje stare rysunki?

I szybko stało się jasne, że te rzeczy nie gadały łatwych do przełknięcia tekstów, jak na przykład: “jesteś leniem, sprzątaj częściej”. One bardzo wyraźnie opowiadały historie, które najlepiej gdyby ukryć już na zawsze.

Tego wspomnianego wieczoru spojrzałam na półki zawalone ciuchami, które kiedyś kolekcjonowałam. Kolorowe, fikuśne, często dziwne i w większości nigdy nie noszone – od dwóch lat powoli sprzedawałam je przez internet. W końcu to kupa zamrożonej kasy, którą chciałam jakoś odzyskać.

Gdy jednak przyjrzałam się im przez pryzmat energii, szybko zrozumiałam, że ani żadna kupa, ani żadna kasa nie powstrzymają mnie przed błyskawicznym usunięciem ich z mojej przestrzeni. Sterta upchniętych na półkach ubrań wołała głośne: “jesteś beznadziejna, bo bezsensownie wydałaś tyle pieniędzy!” Zrozumiałam wtedy, że moje sprzedawanie tych fatałaszków było niczym innym jak odprawianiem wielkiej pokuty za swoje dawne grzechy.

“Przecież to obłęd!” pomyślałam. “Jestem zawalona ciuchami, które na metkach mają napisane >>Made by Poczucie Winy<<! Czy takiej energii chcę w swoim życiu?”

Oczywiście, nie chciałam. Dlatego błyskawicznie zapełniłam cztery wory i popędziłam do S. po pomoc. Dziesięć minut później – niczym rabusie pod osłoną nocy – przeładowywałyśmy towar z samochodu do kontenerów PCK.

Nie pytajcie, ile razy podczas drogi mój mózg powtarzał mi, że chyba oszalałam, że to przecież tyle potencjalnej forsy! Ja jednak słuchałam nie mózgu a vajbów. I zadziwiające w tej historii jest to, że tego miesiąca forsa pojawiła się niespodziewanie z innych źródeł. No tak, w końcu pieniądz to nic innego, jak energia.

Kolejna pusta półka

Pamiętam noc, gdy podarłam na małe kawałki rękopisy kilku książek, które spłodziłam wiele lat temu. Albo wieczór, kiedy na śmietnik powędrowały niemal wszystkie moje projekty. Dla kogoś może brzmieć to jak obłęd, a w rzeczywistości były to kolejne kroki do niesamowitego wewnętrznego spokoju. Z mojego życia znikały energie, które od dawna mi nie sprzyjały.

Gdy się to czyta, pewnie brzmi to banalnie łatwo. Czujesz zły vajb, więc wywalasz – bułka z masłem. W rzeczywistości był to jednak trudniejszy i bardziej złożony proces. Zmierzenie się z tak wieloma obszarami, których energia mówiła niezbyt pochlebne rzeczy, dawało czasem w kość. To doświadczenie pokazało mi jednak jak wielka część naszej tożsamości zaklęta jest w przedmiotach i jak łatwo stracić grunt pod nogami, gdy te przedmioty nagle znikają.

To zupełnie tak jakbyś był malarzem. Tworzysz od kilkunastu lat. Takiego ludzie Cię znają, za to podziwiają. Ale pewnego dnia wiesz już, że czas się z tym pożegnać. Wywalasz wszystkie pędzle, farby, wszystkie swoje obrazy, usuwasz swoje prace z internetu i wszystkich galerii, gdzie się znajdowały. Tego już nie ma.

Gdy teraz ktoś zapyta Cię, kim jesteś, co mu odpowiesz? Przedstawisz się jako malarz?… Tak, to prawda, nie straciłeś umiejętności i możesz namalować coś w każdej chwili. Ale co, jeżeli czujesz w trzewiach, że nie chcesz już więcej tego robić, że malowałeś, bo tak naprawdę zawsze chciałeś zasłużyć na podziw swojego ojca. Teraz jesteś tego świadomy i nie potrzebujesz już być w tej energii, ale nie jesteś też jeszcze w niczym nowym. Więc kim teraz jesteś?

Podejrzewam, że w jakimś stopniu takiego stanu doświadcza każdy, kto na serio rusza w minimalistyczną podróż. Bywa trudno. Przestajesz być “kimś dawnym”, a nie jesteś jeszcze “kimś nowym”. Ale cierpliwości. Wszystko, co najlepsze jest teraz przed Tobą.

Pamiętaj, że nie musisz robić tego w tak radykalny sposób jak ja. Nie cackałam się ze sobą, przez co zaliczyłam kilka naprawdę ostrych zakrętów. Nie uważam jednak, że to dobra metoda. Dla mnie była po prostu skuteczna, a w tamtym czasie czułam, że warto pewne tematy zakończyć szybko. Trochę jak depilacja woskiem – jedno szarpnięcie i po sprawie.

Najważniejsze jest oczywiście to, żeby – bez względu na miejsce z którego zaczynasz – zawsze słuchać siebie. Może dzisiaj wyrzucisz tylko te stare pędzle, a za miesiąc kilka dawnym dzieł, a potem coś jeszcze innego. To “nowe”, które Cię woła, może być dalej niż jeden krok od Ciebie. Idź w swoim tempie, ale zawsze w stronę światła.

Samo dobre

Któregoś wieczora, gdy miałam gorszy nastrój, zapytałam siebie, co takiego mogę teraz zrobić, żeby go poprawić. Odpowiedź pojawiła się błyskawicznie: “czystki!”

Nie wyprę się już tego, że wbrew wszelkim stereotypom zwalczam chandrę wywalając rzeczy a nie kupując nowe. I żebyście mnie dobrze zrozumieli – tu nie chodzi o sam akt wywalania, tu chodzi o tą energetyczną klarowność, która przychodzi tuż po (no, czasem przychodzi trochę później, ale to już inna kwestia).

W pewnym momencie zobaczyłam też, że im mniej rzeczy posiadam, tym bardziej jestem uważna na każdą z nich. Każda staje się czymś cennym, a jej używanie urasta do rangi rytuału. Dawniej, bezmyślnie wkładałam rano zegarek, a teraz naprawdę sprawia mi przyjemność wyjmowanie go z szuflady. Taką samą frajdę mam, gdy zdejmuję go wieczorem i ostrożnie odkładam na miejsce. Nawet suplementowanie magnezu stało się ceremonią. Codzienność coraz bardziej przypomina jedno wielkie święto.

Wszystko powoli urasta do rangi czegoś wyjątkowego, jak na przykład dwie filiżanki, z których na zmianę korzystam. Uwielbiam je i za każdym razem czuję się niemal zaszczycona, że piję kawę z czegoś, co tak bardzo mi się podoba. Co więcej – nie mogę pić kawy z czegokolwiek choć trochę gorszego, bo najzwyczajniej w świecie w kwestii porannej kawy zadecydowałam nie otaczać się gorszymi jakościami. Krótko mówiąc nie mam więcej filiżanek – tylko te najfajniejsze. 

A gdyby każdy aspekt życia zaprojektować w ten sposób? O to przecież w gruncie rzeczy chodzi w minimalizmie – o zostawienie tylko tego, co jest absolutnie najlepsze. To dlatego minimalizm jest tak wciągający – im bardziej się w niego zanurzam, tym wyraźniej widzę, że wokół zostaje samo dobre.