Podchodzę do stolika, który zajął dla nas P. Stawiam tacę ze swoim zamówieniem i siadam. Mój towarzysz nachyla się do mnie konspiracyjnie. „Widzisz tego psa?” pyta, niemal nie poruszając wargami. Podążam za ruchem jego głowy i dostrzegam kundelka, który pałęta się po sali.

Nie dziwi mnie widok zwierzaka w restauracji. To wegańska knajpa – wstęp dla wszystkich stworzeń. „Przed chwilą przyniósł w pysku gówno i rzucił je tam przed wyjściem do ogródka” szepce P. “SERIO?!!! Musiałeś mi to mówić tuż przed jedzeniem?!” zdegustowana gromię go wzrokiem. Moje krzesło stoi na szczęście w takim miejscu, że nie mam możliwości naocznego zweryfikowania tych wiadomości. Najwyraźniej, w moim polu energetycznym nie ma dziś miejsca na widok psiej kupy tuż przed kolacją. Jeszcze raz ganię partnera i szybko odwracam uwagę od obrazów, które przed chwilą pojawiały mi się w głowie.

Chwilę później pałaszujemy humus i rozmawiamy o różnych rzeczach. Już dawno zapomniałam o psich przygodach, ale P. wciąż bacznie obserwuje sytuację przy wyjściu do ogródka. “Czy on naprawdę zamierza się na tym skupiać?” nie dowierzam, ale powstrzymuję się od komentarza. Postanawiam ignorować to  wszystko, tym bardziej, że inne stoliki zasłaniają mi scenę, gdzie rozgrywa się cały ten „dramat”. To gówno nie dotyczy mnie. Koniec i kropka.

Jedna z pań skończyła posiłek i jakby nigdy nic opuściła lokal. Kelnerki, które biegają między barem a patio też zdają się nie zwracać uwagi na niezwykły psi „prezent” pozostawiony na progu. P. jest jednak ewidentnie wzburzony całą sytuacją i chyba tylko przez wzgląd na mnie, nie robi sceny.

Opróżniam talerz i wstaję do toalety. Mimochodem zerkam w stronę drzwi. „To kawałek drewna” stwierdzam na głos z rozbawieniem i ulgą. „To gówno. Przyjrzałem się dobrze” poprawia mnie P. Czuję się dotknięta tonem jego głosu. Fakt, że noszę okulary, ale naprawdę nie dostrzegam tam nic innego jak kilkucentymetrowy kawałek patyka.

Kelnerka znów wychodzi na zewnątrz zupełnie nie patrząc pod nogi…

Kwestia gówno-patyka nie daje mi spokoju i gdy wracam z WC, postanawiam rozstrzygnąć tę zagadkę raz na zawsze. Czuję obawę, że zobaczę nie to, co bym sobie życzyła, ale ryzykuję. Podchodzę blisko, nachylam się i… Tak, to nieduży kawałek drewna, pozbawiony kory na jednym końcu. Uff…

P. ewidentnie mi nie dowierza, gdy w samochodzie informuję go o rezultatach mojego „badania”. “Czemu sam tego nie sprawdziłeś?” pytam. “A po co miałem przyglądać się kupie?” wciąż jest wzburzony tym, że pies przyniósł gówno do restauracji. “I nawet jeżeli to był patyk, to i tak wyglądał obrzydliwie i obsługa powinna go natychmiast sprzątnąć. Dlaczego nikt się tym nie zajął?!” piekli się. “Bo-to-był-tylko-kawałek-patyka” powtarzam z uporem i naciskiem. „Byłeś jedyną osobą, której przeszkadzał.”

Ta dyskusja ewidentnie nie ma sensu, a ja nie zamierzam dłużej łączyć się z energią, którą P. teraz emanuje. Zgrabnie zmieniam temat. Zastanawia mnie tylko, czemu on widział gówno, ja zobaczyłam patyk, a dwie kelnerki i kilka osób, które tamtędy przechodziły, najwyraźniej nie zobaczyły niczego… Może niczego tam nie było?… I może gdyby P. nie powiedział mi o niezwykłym „obiekcie” przy drzwiach, ja też bym niczego nie dostrzegła…

To zdecydowanie rozważania z serii: czy szklanka jest do połowy pełna czy do połowy pusta? Przyznaję, że przez długi czas żartowałam, że nie ważne, którą opcję się wybiera, ważne, żeby w szklance było wino. Od dawna trzymam się jednak tego, że szklankę napełniamy sami i możemy wlać w nią co nam się tylko podoba. I nie chodzi tu o przypinanie sobie proporczyka z napisem “optymista” lub “pesymista”. Chodzi raczej o świadomość tego, czym napełniamy szklankę w TYM konkretnym momencie.

Zasada jest bowiem prosta – co wlejesz, to wypijesz. Zajrzyj więc do butelki albo przeczytaj etykietę, zanim weźmiesz trunek do ust. I nie ma tu żadnych rewelacji ani odkryć. Liczni przewodnicy duchowi mówili o tym od setek a nawet tysięcy lat, a teraz mówią to także naukowcy. Rzeczywistość, jakiej doświadczasz jest tylko projekcją rzeczywistości, którą masz w sobie.

Sytuacja z psią “kupą” idealnie to pokazuje Nagle dwie osoby o zupełnie różnych vajbach patrzą na tą samą rzeczy i dostrzegają co innego. Która z nich ma rację? I czy w ogóle w takich przypadkach można zastanawiać się nad czyjąkolwiek racją?

Trochę to wprawdzie ryje beret, ale nie bardziej niż fakt, że ta reguła tyczy się absolutnie każdego obszaru życia. Gdy spojrzeć na to z tej perspektywy, psia “kupa” to pikuś. Nagle zdajesz sobie sprawę, że zarabiasz tyle, na ile pozwalasz sobie zobaczyć, że możesz zarobić. Jesteś doceniony i kochany na tyle, na ile doceniony i kochany czujesz się w środku, itd. To jest dopiero mindfuck!

Wielu nauczycieli tantry używa prostego przykładu, by to opisać i porównuje ludzi do radioodbiorników. Wszystkie częstotliwości radiowe to tylko fale, które istnieją w tym samym czasie i w tym samym miejscu. To co odbierasz, zależy więc od tego, na co nastawione jest twoje radio. Wiadomo, że nie usłyszysz Eski, skoro wybrałeś częstotliwość Zetki, ani nie dowiesz się, co w Tok FM, jeśli ustawiłeś się na Radio Maryja.

Rozumiejąc to łatwiej mi się funkcjonuje. Mogę w każdej chwili rozejrzeć się dookoła i na podstawie tego, czego doświadczam określić, jak w danej chwili wibruje energia we mnie. Jeżeli nie podoba mi się, to co widzę, robię wszystko, co w mojej mocy, by jak najszybciej zmienić kanał.