Nigdy wcześniej nie dostałam kwiatów w tak niezwykły sposób jak ostatnio. Kurierzy z bukietami i płatki róż na łóżku to przy tym pikuś. Ale od początku…

Jest ósmy marca – moje ulubione święto. Dzień Kobiet celebruję zazwyczaj w babskim gronie, będąc tą, która pojawia się z frezjami czy inną zieleniną i zaprasza przyjaciółki na kolacje. Prosecco, śmieszki i pogaduszki – totalne waginarium.

Tym razem jestem jednak tak zmęczona, że potrzebuję od wszystkiego uciec.

Niedbale maluję rzęsy i celuję tuszem w stronę kosmetyczki. Nie trafiłam. Trudno. Może walać się dziś gdziekolwiek. Po prostu rzucam wszystko i wychodzę.

Wracam się jeszcze na chwilę, by sprawdzić, czy na pewno zamknęłam drzwi do mieszkania. W sumie nie wiem, czemu to robię. I tak nic by mi z niego nie ukradli – w końcu jestem ekstremalną minimalistką. Nie ważne. Pięć minut później jestem już w drodze.

Z ulgą opuszczam zatłoczoną Warszawę. Zmierzam tam, gdzie mogę schować się wśród natury i gdzie zawsze odnajduję spokój. Z premedytacją postanawiam z nikim się nie spotykać. Niewiele brakuje, bym w ogóle wyłączyła telefon. “Tylko tych kwiatów szkoda…” myślę, widząc przez okna autobusu porozstawiane wszędzie stoiska. “Same tulipany… Nie lubię tulipanów… Poza tym nie ma nikogo, od kogo naprawdę chciałabym te kwiaty otrzymać…”

Po godzinie jestem na miejscu. Cisza tutaj działa niezawodnie. Za każdym razem mam wrażenie, że to Narnia – zupełnie inny świat, w którym czuję się jak w domu.

Idę do kawiarni na odludziu. Czasem siadam tu by pisać, ale tym razem zamierzam objadać się ciastem i śmiać do rozpuku oglądając ulubionych komików na telefonie.

Ciasto rzeczywiście jest pyszne, a komicy tak zabawni, że przez cały czas zasłaniam twarz ręką, żeby nikt nie widział jak się głupio szczerzę. Prawdę powiedziawszy niewiele kto mógłby mnie zobaczyć. W lokalu jestem tylko ja, kelnerka i jakaś kobieta, która czyta gazetę w drugiej części sali.

Wychodzę. Pogoda jest piękna, więc idę na upragniony długi spacer. W zasadzie nie kontroluję tego, dokąd zmierzam. Jestem wesoła i odprężona. Słucham śpiewu ptaków i co chwila zatrzymuję się przy drzewach, obserwując jak ganiają się wiewiórki.

Dookoła jest zupełnie pusto. Ani jednej żywej duszy – poza ptakami i wiewiórkami oczywiście.

Bezwiednie skręcamy w kolejną wyludniałą alejkę i nagle na jej środku widzę opasłego, oczojebnie czerwonego goździka. Ni stąd ni zowąd pojawia się pod moimi nogami. Patrzę na niego i zaczynam się śmiać. Dostałam kwiaty od Wszechświata!

Choć wiem, jak działa Prawo Przyciągania, choć rozumiem, co to jest projekcja i selektywne postrzeganie, takie sytuacje nigdy nie przestają wprowadzać mnie w pozytywne osłupienie.

Jeżeli nie jesteście chwilowo na wysokich częstotliwościach, to pewnie dostrzegacie tylko laskę, która znalazła śmiecia. A jednak temat jest bardziej złożony.

Pomyślcie przez chwilę, macie osobę, która chciałaby dostać kwiaty, ale nie ma nikogo, od kogo chciałaby je dostać. Nie chce też się z nikim spotykać i nie lubi tulipanów. Dodatkowo jest minimalistką, więc wielkie bukiety nie wchodzą w grę. Na deser ta osoba jest też zero-wastem, więc gdyby jakimś cudem dostała bukiet, to byłaby niezadowolona, że zawali jej pół śmietnika.

Założę się, że nikt z Was nie wpadłby na pomysł, jak to wszystko ogarnąć tak, by spełnić każdy z tych warunków. Ale Wszechświat zawsze wie i naprawdę się tym razem popisał.

Na totalnym odludziu znalazłam goździk (bardzo lubię goździki), który jest minimalistyczny i totalnie zero waste! Zrobiłam tego dnia WSZYSTKO, by logicznie patrząc, nie zetknąć się z kwiatami lecz to nie miało znaczenia. W moim polu energetycznym kwiaty były i właśnie się zmaterializowały.

Tak oto działają vajby – zawsze dostajemy to, co jest zgodne z nami i to zgodne w najmniejszych nawet szczegółach. Zawsze doświadczamy tego, czym wibrujemy od środka. I – uwaga – nie na znaczenia, czy są to rzeczy, które uznamy za dobre bądź złe. Vajby są sprawiedliwe – dostajesz to, czym emanujesz. Kropka.

Mogłabym chcieć kwiatów, ale być smutna, że nie mam nikogo, od kogo mogę je dostać i wtedy – ni chuja – nic bym nie znalazła. Prawdopodobnie wybrałabym inną alejkę albo po prostu nie zauważyła tego „prezentu”. Ja jednak emanowałam świetną energią. Nie czułam braku czegokolwiek. Wręcz przeciwnie, było mi wszystko jedno, czy dostanę kwiaty czy nie. Prawdę powiedziawszy w ogóle się nad tym nie zastanawiałam. Byłam zajęta swoim „tu i teraz” i zachwycaniem się wiewiórkami. Byłam po prostu szczęśliwa i wiedziałam, że taka będę bez względu na to, czy wrócę do domu z zieleniną czy nie. I właśnie wtedy – trach! – wszystko wydarzyło się w sposób wręcz magiczny. O właściwej porze trafiłam na właściwą ścieżkę i znalazłam oczojebnego minimalistyczno – zerowastowego goździka. Pozamiatane.

Wibracja szczęścia jest najważniejszą składową pozytywnych manifestacji. Czegokolwiek chcesz, znajdziesz to tylko będąc szczęśliwym. Nie “pełnym nadziei”, nie “oczekującym”, nie “szukającym”. TYLKO będąc szczęśliwym.

Gdy w pośpiechu opuszczałam dziś mieszkanie, chciałam tylko jednego i wcale nie były tym kwiaty. Chciałam się odprężyć, uspokoić wewnętrznie, poczuć lekkość bycia i radość. Dlatego zrobiłam wszystko, co – wiem z doświadczenia – tak właśnie na mnie działa. Cisza, przyroda, dobre ciacho, coś zabawnego i spacer – to są moje sprawdzone metody.

I kiedy wieczorem wróciłam do domu i włożyłam goździk do słoiczka z wodą, pomyślałam, że to naprawdę zabawne. Życie dosłownie rzuca nam kwiaty pod nogi, ale znajdą je tylko ci, którzy są gotowi je zobaczyć. Znajdą je nie SZCZĘŚLIWCY, lecz SZCZĘŚLIWI.