Mam jakieś trzy lata. Jestem w poczekalni u lekarza. W sumie nie wiem, po co tu przyszłam. Czuję się dobrze. 

Jest bardzo dużo ludzi. Tak dużo, że muszę być u mamy na kolanach. Trochę mi niewygodnie, ale lepsze to niż stanie. 

Obok nas siedzi pani. Jest bardzo zestresowana. Grzebie w torebce i po chwili wyjmuje z niej igłę z nitką. Podwija do góry tweedową spódnicę i jakby nigdy nic wbija igłę w udo. Nie ma tam żadnego zadrapania ani rany. Ona po prostu przeciąga nitkę i wbija igłę ponownie.

Jestem przerażona, a mama nie reaguje. Może nie widzi. Muszę jej o tym koniecznie powiedzieć! “Mamo, mamo, ta pani zszywa sobie nogę” mówię. 

Mama zerka na panią. “Nie, nie zszywa sobie nogi. Ma takie cienkie rajstopki i zszywa sobie dziurkę, która się tam zrobiła” tłumaczy mi wyraźnie rozbawiona.

Przyglądam się uważnie. Nie ma tam żadnych rajstopek. Pani ewidentnie wbija igłę w skórę. Dlaczego mama tego nie widzi? 

Próbuję jej wytłumaczyć, że się pomyliła, ale ona dalej powtarza swoją wersję o dziurce w cienkich rajstopkach.

Ta historia wydarzyła się naprawdę i choć miała miejsce dawno temu, pamiętam ją bardzo wyraźnie. Dziś myślę, że to był pierwszy raz w moim życiu, gdy doświadczyłam czegoś, o czym potem czytałam w mądrych książkach.

Gór nie ma, ale i tak jest zajebiście

Legenda głosi, że gdy statki Kolumba dopływały do wybrzeży Ameryki, jej mieszkańcy nie byli w stanie ich zobaczyć. W prawdzie widzieli zmarszczki na wodzie, ale nic poza tym. Dopiero gdy jeden z Indian przyglądał się temu bardzo długo, ujrzał wielkie okręty. Opowiedział o tym innym i cała reszta też w końcu mogła je dostrzec.

Dużo, dużo później grupa badaczy udała się do plemion zamieszkujących równinne tereny naszego globu. Ci ludzie nigdy nie wiedzieli gór. Gdy więc przybysze pokazali im zdjęcia szczytów, tubylcy zobaczyli po prostu dziwne chmury.

Dlaczego mała dziewczynka nie widziała rajstop, Indianie statków a tubylcy gór? Dlatego, że nie widzimy wszystkiego takim, jakie jest.

Koncepty

Od psychologii poprzez neurobiologię a nawet fizykę kwantową naukowcy zgodnie stwierdzają, że nie zawsze możemy polegać na tym, co widzimy. I nie jest to kwestia funkcjonowania naszych oczu. Oczy to tylko przekaźnik. Właściwy obraz powstaje w mózgu i jest niczym innym jak pewnym konceptem danej rzeczy, interpretacją wibracji, które odbieramy za pomocą wzroku. 

Ze względu na specyfikę naszych mózgów możemy dostrzegać jedynie to, co jest tożsame z konceptami, które już znamy lub w jakiś sposób do nich podobne.

Dzięki temu stworzy się nowy koncept, a nasza zdolność percepcji ewoluuje. Inaczej mówiąc widzimy tylko to, co przynajmniej w jakimś stopniu jest już w naszej świadomości. 

Najwidoczniej więc w wieku trzech lat nie znałam konceptu cienkich cielistych rajstop, tak jak Indianie nie znali konceptu wielkich okrętów, a ludy zamieszkujące równiny nie znały konceptu gór.

Kto ma rację?

Skoro tak to działa, to czy jestem w stanie realnie oceniać rzeczywistość? Co tak naprawdę widzę? I czemu to widzę?

Jeżeli postrzegam świat za pomocą tego, co mam już “wydrukowane” w głowie, to czy nadal mogę mówić, że rzeczywistość jest „jakaś”?

Może należałoby powiedzieć raczej, że projektuję na zewnątrz taki obraz rzeczywistości, na jaki pozwalają koncepty we mnie?

Jeszcze nie uczą w szkołach takiego podejścia, ale za jakiś czas, kto wie?… Tylko jak wtedy wyglądałaby lekcja matematyki? Nauczycielka pisze na tablicy “2+2=4” i pyta dzieci, co widzą. Jedno powie, że widzi “2+2=nogi bociana”, a inne, że “dwa węże ganiają się wokół kościoła, a to wszystko jest przy torach, po których chyba jedzie pociąg, bo właśnie kładą szlaban”. 

Straszne to czy śmieszne?

Boimy się myślenia o rzeczywistości jako końcowym produkcie naszych indywidualnych projekcji. I gdy ktoś postrzega świat inaczej, dyplomatycznie stwierdzamy, że ma “odmienne poglądy”, a rzeczywistość i tak jest czymś stałym. W końcu, jak wygląda koń, każdy widzi, prawda?

Tymczasem dzieci wciąż i wciąż rysują dziwne rzeczy, których dorośli nie potrafią zrozumieć. Bo niby o co chodzi z tą fioletową otoczką wokół drzewa? Przecież nie ma czegoś takiego. 

Tłumaczymy więc dzieciom, że listki są zielone, a wokół drzewa nie istnieje już żaden inny kolor. 

Ale czy aby na pewno? Może dziecko widzi aurę, której dorosły (ze względu na koncepty w swoim umyśle) nie jest w stanie zobaczyć?

Dobrze “wyedukowany” maluch przestanie w pewnym momencie odwalać dziwne akcje z fioletową poświatą. Przecież dorosły jest jak wyrocznia, która wie wszystko najlepiej. W końcu przestanie nawet dostrzegać tę fioletową poświatę. Nie dlatego, że jej tam nie ma, ale dlatego, że nowy koncept pod tytułem “ listki są zielone, a wokół drzewa nie istnieje już żaden inny kolor” stanie się konceptem dominującym w kwestii flory.

Ciekawe więc, jak wielu rzeczy, które są wokół nas, nie jesteśmy w stanie zauważyć tylko dlatego, że albo oduczyliśmy się je widzieć, albo jeszcze się ich nie nauczyliśmy.