„Udowodnię ci” oświadczam z zawzięciem.

P. tylko uśmiecha się pobłażliwie.

Zawsze jest tak samo – ja opowiadam mu o tym, co przyciągnęłam, a on traktuje to wszystko jak nic nieznaczące historyjki o drobnych zabiegach okoliczności. 

„Zobaczysz, wykreuję coś bardzo konkretnego przez ten weekend i będziesz musiał przyznać mi rację” nie daję za wygraną. 

On nawet na mnie nie zerknie. Wzrok ma wlepiony w gładką powierzchnię drogi i mocno trzyma w dłoniach kierownicę. Jest późny wieczór a my pędzimy w stronę morza, by świętować tam moje urodziny. 

Przez moment zastanawiam się, co takiego zmanifestować na dowód, że sami tworzymy swoją rzeczywistość. Najlepiej, żeby to było coś, na co mam ochotę. Wtedy przyciąganie pójdzie jeszcze łatwiej. 

„Wykreuję sobie psa” strzelam nagle niczym z pistoletu. 

„Co?!” paryska szczerze zaskoczony towarzysz. Dobrze zna mój stosunek do tych zwierzaków. 

„To co słyszałeś. Psa. Mam ochotę pogłaskać psa. Niedużego, wesołego i koniecznie kudłatego. I chcę, żeby sam przybiegł do mnie. I chcę, żeby stało się to w taki sposób, bym nie miała cienia wątpliwości, że jest on efektem moich precyzyjnych intencji” recytuję tonem dziecka, które o dziesiątej w nocy oznajmia, że nie będzie spać tylko się bawić. 

P. kręci głową, ale ja już postanowiłam swoje. Będzie pies i koniec. Jedyne co jeszcze muszę zrobić, to puścić w przestrzeń odpowiedniego vajba. Rozsiadam się więc wygodnie w fotelu pasażera, zamykam oczy i wizualizuję – jakby działo się to w tym momencie. Przykucam i tarmoszę radosnego czworonoga. Dosłownie czuję jego przyjemną sierść w dłoniach, ale przede wszystkim skupiam się na radości i satysfakcji, jakie mi to daje. 

Gdy nasycam się tymi wrażeniami, biorę głęboki wdech i wracam do tu i teraz. Za chwilę zapominam o temacie. 

Następnego dnia jedziemy do lasu przy plaży. Cisza, spokój, żadnych ludzi i zabudowań. Jutro Wszystkich Świętych, więc jesteśmy jedynymi, którzy włóczą się po okolicy. 

Wokół jest zachwycająco pięknie. Nie byłam tu nigdy wcześniej, ale od dawna chciałam zobaczyć to miejsce. Teraz już wiem, że to najlepsza część moich urodzin. Co kilka kroków przeżywam egzystencjalny orgazm. 

Nagle robi się dziwny hałas. Krzaki kilkanaście metrów przed nami zaczynają się poruszać i wyskakuje z nich pies. Jak szalony pędzi w moją stronę. 

Choć zazwyczaj boję się psów, tym razem jestem nie tylko zupełnie spokojna, ale wręcz wniebowzięta jego widokiem. 

„O boże, czy to jesteś TY?” pytam na głos i całkowicie odruchowo przykucam. 

Zwierzak dopada do mnie i zaczyna łasić się tak, jakbym była jego dawno nie widzianą właścicielką. 

Jest niewielki i kudłaty – zupełnie taki, jakiego wizualizowałam. 

„Przepraszam, wyrwał mi się” słyszę wołanie. Zza drzew wyłania się wąsaty mężczyzna. 

„Nic nie szkodzi” odpowiadam wesoło. „On miał się wyrwać” dodaję w myślach. 

Jeszcze przez chwilę głaszczę mojego kosmicznego kolegę, po czym popycham go lekko w stronę jego opiekuna. „No już, leć” rzucam i zwierzak biegnie z powrotem do człowieka ze smyczą. 

P. przygląda się wszystkiemu jak wryty. 

„Mówiłam” odzywam się zaczepnie i ruszam przed siebie krokiem Leonarda DiCaprio z internetowych memów. 

Nie wiem jednak, czy przekonałam P. do swoich racji. Prawdę powiedziawszy przestało mieć to dla mnie znaczenie, gdy tylko pojawił się zwierzak. Zdałam sobie wtedy sprawę, że nie kreuję dla kogoś innego. Nie kreuję, by coś udowodnić. W głębi duszy robię to tylko i wyłącznie dla swojej satysfakcji z bycia w tym procesie. Robię to dla tej wyjątkowej przyjemności doświadczanie jego rezultatów. Nie ma najmniejszego znaczenia, czy ktoś inny to zrozumie i w to uwierzy czy nie.