Na pewno znasz to z autopsji: jest senny poranek, idziesz do kuchni, by zrobić śniadanie, lecz okazuje się, że wszystkie noże są brudne.

“Tylko nie dziś” myślę rozpaczliwie zatroskana o swoje własne lenistwo. W prawdzie wystarczyłoby szybko wyciągnąć jeden ze zmywarki i po prostu umyć go ręcznie, ale nawet ta drobna czynność wydaje się być ponad moje możliwości.

Jestem na wpół przytomna, bo kawa wciąż jeszcze parzy w język, więc nie mogę puścić jej szybko w krwiobieg. Na domiar złego muszę przygotować sałatkę do pracy.

Z ostatnią nadzieją odsuwam szufladę i wśród łopatek, wyciskarek do czosnku i paru innych gadżetów miga mi mała drewniana rączka. To nóż stary jak świat. Stary i tępy. Nie wiem, czemu moja przyjaciółka jeszcze go nie wywaliła. Żadna z nas go nie używa. Może to koło ratunkowe w sytuacjach takich jak ta?

Chwilę ważę w głowie zyski i straty, lecz w końcu sięgam po oręż. Wszystko w imię zasady: lepszy tępy nóż z garści niż brudny w zlewie.

Biorę pomidora i próbuję pokroić go na ćwiartki. Słowo “próbuję” figuruje tu nie bez powodu. Ostrze nawet lekko nie drasnęło czerwonego delikwenta.

“On jest naprawdę beznadziejny” stwierdzam trochę rozczarowana, lecz zamiast się poddać, piłuję nim jeszcze bardziej. Wciąż nic. Wreszcie robię coś, co praktykują tylko dzieci próbując pokroić modelinę plastikowym nożykiem. Kładę palec na przeciwną stronę ostrza i z całej siły naciskam w dół. Jeśli nie poćwiartuję pomidora, to przynajmniej go zmiażdżę.

Nie bez walki, ale wreszcie udaje mi się uzyskać potrzebne kawałki. Na drugi ogień idzie więc ogórek. Wzdycham ciężko na samą myśl o tym, co mnie czeka. Dłuuugi zielony ogórek… To będzie dużo pracy…

Powtarzam manewr z naciskaniem palcem na krawędź ostrza i bardzo powoli, milimetr po milimetrze kroję kolejne plastry. Bardziej przypomina to jednak drwala tnącego pień drzewa niż kucharza szykującego posiłek.

W pewnym momencie coś odrywa mnie od pracy. Podnoszę nóż bliżej twarzy i widzę, że od samego początku trzymam go odwrotnie. Tępą stroną kroję a na ostrą naciskam palcem. Z przerażeniem sprawdzam, czy mój opuszek jest cały, ale poza zaczerwienieniem od wysiłku nie doznał żadnego uszczerbku.

Nieco skołowana patrzę na ćwiartki i plasterki, które właśnie spłodziłam – wszystko tą stroną ostrza, która ma jakieś dwa milimetry średnicy. Jak to możliwe?

Ale najbardziej zastanawia mnie ten nie-skaleczony palec. Czy nóż jest aż tak tępy, że mogę naciskać na niego ile wlezie, a on i tak nie przebije skóry?

Ostrożnie biorę jeszcze jednego pomidora i postanawiam to sprawdzić. Nóż bez problemu wbija się w warzywo.

Doświadczamy rzeczywistości w sposób, w jaki spodziewamy się jej doświadczać i przydarza nam się to, co świadomie lub podświadomie zakładamy, że się nam przydarzy. Gdy mówi się więc, że żyjemy w uwarunkowanym świecie, nie chodzi wcale o warunki zewnętrzne, ale o to, co jest w nas. Nasze myśli, przekonania i oczekiwania manifestują się co chwila przed nami.

A więc czego się spodziewam wstając rano z łóżka? Czego się spodziewam po moim partnerze? Czego się spodziewam po mojej pracy? Czego się spodziewam po sobie?…

Lubię historię z nożem, choć wtedy słabo mi się zrobiło na samą myśl o tym, jak te przygody mogły się zakończyć. Obyło się bez chirurgicznego zszywania palca, bo byłam całą sobą przekonana, że naciskam na właściwą krawędź. Jednocześnie, choć wzięłam do ręki naprawdę ostry nóż, to i tak kroiłam tępą stroną, by rzeczywistość mogła odpowiadać temu w co wierzę – że nóż jest zupełnie tępy.

Ile rzeczy w naszym życiu nie działa więc tak, jak powinno tylko dlatego, że w naszych umysłach “trzymamy” je w niewłaściwy sposób? Jak wiele przedsięwzięć się nie udaje, bo spodziewamy się, że się nie powiodą?

Zawsze trzeba uważać na noże, tak ja na swoje myśli.